Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Patrycja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Patrycja. Pokaż wszystkie posty

23 sierpnia 2019

Dorosłość

     Kiedy byłam mała lubiłam myśleć, kim zostanę kiedy będę już duża. Skacząc, jak najwyżej umiałam, wyobrażałam sobie, że jestem kosmonautą lecącym na Marsa. Kiedy zeszłam już ze statku kosmicznego przybiegały do mnie zielone stworki z antenami zamiast uszu i z entuzjazmem zapraszały na herbatkę.
     Innym razem zakładałam na siebie perły i szpilki kradzione z matczynej szafy. Stawałam przed lustrem i pędzelkiem z zestawu farbek nakładałam na siebie wyimaginowany makijaż. Byłam prezydentem własnej planety, zaraz przed ważnym spotkaniem. Zamykając oczy widziałam siebie podążającą miedzy szklanymi wieżowcami, z jednorazowym kubkiem do kawy w ręcę, jak wszystkie kobiety sukcesu na filmach.
     Najbardziej lubiłam jednak te weekendy, kiedy ojciec przyjeżdżał po mnie z samego rana i zabierał nad jezioro. On siedział na pomoście wgapiony w wędkę w nadziej, że w końcu drgnie, a ja wpadałam w otchłań wyobraźni. Na grzbiecie mojego wierzchowca, z łukiem w ręku chroniłam indiańską osadę przed konkwistadorami. Plotłam wianki w cieniu drzew, jako nimfa wyczekująca na przystojnego boga muzyki. Tata chyba niezbyt się mną przejmował, ale ja w końcu byłam wolna. W tamtych momentach moje senne wizje były tak bliskie spełnienia się jak nigdy. Ale wtedy byłam mała.
     Prawa rządzące światem były dla mnie proste. Dorośli powtarzali mi: "Chcieć to móc", "Dla chcącego nic trudnego" i inne tego  typu frazesy, jakby sami nie wiedzieli jaka jest rzeczywistość. Bajki Disneya, fantastyczne książki dla dzieci, piosenki o małych ludziach mieszkających w środku grzybów...to też nie pomagało. Nikt nie przygotował nas na przyszłość. 
     A więc czy powinnam się dziwić kiedy staję teraz przed potłuczonym lustrem, na którego wymianę nie mam środków, i zadaję sobie pytanie czemu moje życie jest tak mizerne? Dlaczego nie jestem głową ministerstwa spraw wewnętrznych albo konsultantką NASA?
     Lubię wracać do tamtych momentów beztroski. Nie martwiąc się o rachunek za światło czy swoje bezpieczeństwo wychodząc nocą po butelkę taniego alkoholu. W życiu po prostu mi nie wyszło. Zastanawia mnie tylko, czy to moja wina.


Tekst inpirowany obrazem Ikegami Yoriyuki

19 stycznia 2019

Skała




Jeszcze jeden krok. Jeszcze jeden. Ostatni. Osuwam się na miękką białą płachtę, tę która będzie moją zgubą. Mówię, że tylko dwie minuty, odliczam czas choć wiem, że i tak nie uda mi się wstać. A może jednak zdołam naprężyć skostniałe mięśnie? Może moje komórki wytworzą odrobinę energii. Nie dużo. Troszeczkę. Tylko tyle. Nie więcej. I co wtedy?
Postawię jeden krok. Odpocznę. Kolejny krok. Będę chciał przystanąć, wziąć wdech tego zamarzniętego, pozbawionego tlenu powietrza, ale to się nie uda. Spadnę w przepaść, głęboką i zimną jak pozbawione uczuć objęcia Królowej Lodu.
Ale teraz leżę. Dwie minuty już dawno minęły chociaż nie jestem pewien kiedy. To było minutę, godzinę czy dzień temu? Bezsensownie szukam odpowiedzi na pytania, których nie będę miał szansy zadać. Idą po mnie? Szukają mnie? Nie wiem, nic już nie widzę, może nie słyszę ich nawoływań. To już koniec? Nie mogę się ruszyć. Duma przepełnia mnie i nawet świadomość nieuchronnego końca nie jest w stanie mi jej odebrać. Swoją podróż skończę w miejscu do którego zawsze miałem pociąg.
Stałem się częścią skały. Przyklejony do tego lodowego tytana jak relikt przeszłości dekoruję drogę do zwycięstwa. Tacy jak ja też tu są, szaleni zapaleńcy chcący dokonać niemożliwego. Ktoś nas kiedyś odnajdzie? Wspomni? Zauważy nasze przerażone, jednocześnie spokojne twarze? Co pomyśli? Zdobywcy czy przegrani?

30 grudnia 2018

War is over

Przekręcam klucz i wchodzę do chłodnego pomieszczenia. Zapalam światło, żeby zobaczyć kilka gałązek choiny i świeczkę leżące na stole, moje tegoroczne święta. Podchodzę do szafki i sięgam po butelkę. Pierwszy łyk biorę jeszcze zanim siadam na kanapie.

***

Do pokoju wbiega mała dziewczynka, w ręku trzyma całą masę papierowych ozdób. Biorę ją w objęcia i podsadzam, żeby mogła rozwiesić je na choince. Pyta, czy podobają mi się jej wycinanki i choć nie są one zbyt estetyczne i wyszukane, nawet jak na jej wiek, odpowiadam, że to najładniejsze ozdoby jakie widziałem.
W domu pachnie piernikiem i kompotem z suszu, nigdy go nie lubiłem. W progu staje smukła kobieta i przygląda się nam z uśmiechem. Dziewczynka biega na około drzewka podziwiając swoje dzieło, a ja udaję, że próbuję ją złapać.
Kiedy matka zakłada maluchowi czerwony płaszczyk, ja dyskretnie chowam prezenty pod choinką. Czekam na zaskoczenie i radość, które zobaczę na twarzy córki kiedy wrócimy do domu. Wychodząc zdaję sobie sprawę z tego, jakimi jesteśmy szczęśliwcami, że wojna się już skończyła. A może nigdy jej nie było…

***

Kolejny raz przechylam butelkę. Cisza i pustka lubią przypominać o tym co straciliśmy.






15 listopada 2018

Lemoniada

Przewracam kartkę, wiedząc o zaplanowanej mi przyszłości
Siedzę w szkolnej ławce, tej dla najlepszych, marząc o wielkości
Patrzę na białe ściany pokoju bez żadnej namiętności
Torturuję się zbrodniczymi czynami łaknąc świetności

I tylko czasami zamykam oczy, zrywam plaster rutyny
Odpływam myślami, a moje oczy toną
Ja tonę
Tonę w tęsknocie
Za kawiarnią w niemodnym już stylu
Lemoniadą leżącą na stoliku przede mną
Kawałkiem ciasta, na który wydałam ostatnie grosze
Śmiechem, radością
Rozważaniami, które z rzeczywistością nie miały nic wspólnego
Przyjaciółką, jej dziwnością, którą ubóstwiałam
Milknącym śmiechu i wyprawie w dorosłość
A kiedy powieki nie są już w stanie utrzymać takiej ilości wody, otwieram oczy

Zwykły powrót do odrażająco zwyczajnej zwyczajności
Spoglądam w lustro, wiedząc o swojej niezmiennej samotności
Pamiętając o otaczającej, wszechobecnej nicości
Pogrążając się coraz głębiej w nowoczesnej nijakości

17 października 2018

Biegnę

Biegnę. Uciekam. Biegnę. Upadam. Chcę wstać. Nie mogę. Umieram.
Pierwszym co pamiętam jest jasność. Ta przerażająca mnie jasność. Potem było jeszcze gorzej. Zaczęłam słyszeć, ale niewyraźnie. Dokoła mnie wszystko było takie jakby... rozmazane. Rozmazane plamy koloru niebieskiego, jak kwiaty, których jeszcze nie znałam. Rozmazane dźwięki dochodzące znikąd, jak nie do końca ostry głos sumienia, którego jeszcze nie znałam. Rozmazane zapachy mieszały się z rozmazanym bólem, dotykiem na mojej skórze, którego jeszcze nie znałam.
Potem wszystko się zmieniło. Tak jakby ktoś nagle wyłączył, a potem włączył światło. Teraz wszystko było ostre. Za ostre. Widziałam już wszystko. Szpetne twarze gapiące się na mnie zza zasłony piękna. Karczemne słowa wypowiadane w moją stronę zza kurtyny wdzięczności. Dotyk, który miał koić, nie koił. Zapach ostry, jak lakier do paznokci, ukryty pod postacią bławatków. I wtedy zrozumiałam…
Biegnę. Uciekam. Biegnę. Upadam. Chce wstać. Nie mogę. Umieram.

27 września 2018

U Aktorek

Puste oczy wpatrywały się w nich ze zdjęcia. Oczy, które widziały śmierć. Oczy, które tworzyły śmierć.
– Przedstawiam Sturmführera Hansa Wanke. – Nazwisko rozniosło się po pomieszczeniu jak zimny oddech Anioła Śmierci.
– To on? - w końcu wybrzmiało, tak ważne dla nich pytanie, któremu odpowiedziało lekko widoczne skinienie głowy.
– Czyli jest rozkaz? – Znowu kiwnięcie, tym razem trochę bardziej dynamiczne.
– Kiedy?
– We wtorek. U Aktorek
– Kto wykonuje? – Głosy trzech mężczyzn unosiły się tworząc chaotyczną plątaninę słów.
– Ja chcę to zrobić. – Cisza przywiodła wzrok reszty na wysokiego blondyna stojącego pod ścianą.
– Nie mogę się na to zgodzić – zrezygnowanie w głosie dowódcy w normalnej sytuacji zakończyłoby spór.
– To był mój brat – wycedził przez zęby „Burza”.
– Tomek, wiesz przecież jak to działa.
– Proszę…
– Powiedziałem „nie” – stanowczy ton odmowy wstrząsnął wszystkimi niczym grzmot. – To ja tu jestem od wydawania rozkazów. Dobra, co wtorek Wanke spotyka się w kawiarni u aktorek z nijakim Zbigniewem Pelcem. – Na stole obok wizerunku Wanke pojawiła się nowa twarz.
– Jego też likwidujemy?
– Tutaj właśnie pojawia się problem. Nie ma na niego oficjalnego wyroku, ale dostaliśmy informację, że to on wydał Bartka. – Cichy szmer niewyraźnych głosów wypełnił pokój. – Nie zabijemy go więc z ramienia Podziemia w ramach wyroku, ale gdyby tak Pelc chciał użyć broni, a wy działalibyście w samoobronie i doszłoby do nieszczęśliwego wypadku, myślę, że nikt by po nim nie płakał. Wszyscy zrozumieli? Super. No to szczegóły. „Franek” i „Noc”, wy wchodzicie. „Burza” i „Wojtek” , możecie ubezpieczyć.

***

Tomek przerzucił kolejną stronę gazety siedząc na ławce naprzeciwko kawiarni. Antek siedzący przy dużym oknie właśnie dostał małą filiżankę i trzymał ją w dłoniach, jakby chciał ocieplić swoje zziębnięte z emocji dłonie. Pelc wszedł do środka jakieś dziesięć minut wcześniej. Teraz czekali już tylko na Niemca. I nagle pojawił się. Wyszedł zza rogu jak gdyby nigdy nic. Kroczył dumnie, nie zwracając uwagi na malutkich tego Świata, nieświadom tego, co czaiło się i chciało go zaatakować za każdym rogiem, za każdym krokiem. Wyjął rękę z kieszeni i pociągnął za klamkę drzwi u wejścia do Aktorek.
Tomek zdjął kapelusz i położył go na kolanach. Zza rogu wyszedł nagle Franek i coraz żywszym krokiem zbliżał się do kawiarni. Wszystko działo się szybko. Kapelusz znów pojawił się na głowie „Burzy”. Ręka „Nocy”, siedzącego niczym lalka w witrynie sklepowej, powędrowała do kieszeni. Wybuch wstrząsnął ulicą jak piorun rozdzierający nieboskłon.
Krzyki. Płacz. Dwa strzały. Do kogo? Przez kogo? Dym kłębiący się w budynku opadał, a razem z nim umierała panika. Lamenty ustały, dwie znajome sylwetki wypadły z kawiarni. Mężczyźni pognali za róg.