8 października 2018

Leżę


Leżę. Każdy przechodzi obok, nie poświęcając mi nawet chwili swojej uwagi. Nikt nie zastanowił się czy potrzebuję pomocy, nikt nie chce wyciągnąć mi pomocnej dłoni. Mijają mnie, a ja przemijam w ich pamięci kiedy wsiadają do metra, które też mnie mija.
Tylko leżę. W końcu nie stać mnie na nic więcej, nie mogę zmusić do ruchu żadnej części mnie, nie mogę zmusić do empatii zerkających na mnie ludzi. Wszyscy się gdzieś spieszą. Najchętniej też pędziłabym wraz z nimi, ale straciłam swój cel już bardzo dawno temu.
Leżę i zastanawiam się czy zmiecie mnie wiatr, czy zleję się w jedno z podłogą, czy stacja metra stanie się częścią mnie, czy ja stanę się częścią niej. Zastanawiam się raz jeszcze czy ktokolwiek pochyli się nade mną i zastanowi się czy potrzebuję pomocy. Pochylcie się, pomocy! Potrzebuję pomocy! Dlaczego nikt mnie nie słyszy?! Zastanawiam się.
Tylko leżę. Już nawet nie czuję się zagubiona. Po prostu tkwię tam, a ludzie przychodzą i odchodzą. Chciałabym powiedzieć, że nie rozumiem, ale mam wrażenie, że wszystko rozumiem. Rozumiem dlaczego nikt o mnie nie pamięta, rozumiem dlaczego nikogo nie obchodzę.
Leżę. Ciekawi mnie czy kiedykolwiek wszystko ucichnie. Ciekawi mnie czy kiedykolwiek pisk wjeżdżającego metra i tupot stóp przestanie mnie dotyczyć. Ciekawi mnie czy kiedykolwiek przestanę leżeć i czy kiedykolwiek przestanę istnieć.
Tylko leżę. Nie mam nawet nadziei. Wiem, że nikt nie pomyśli o mnie dwa razy. Ale ja nie mogę przestać myśleć, bo to jedyne co mi zostało. Nie mogę przestać, nie mogę przestać, nie mogę przestać, nie mogę…
Leżę i nie mogę przestać. Nie mogę przestać żałować czegoś, co nie jest moją winą. Bo żałuję, bardzo żałuję. Żałuję, że już nie brudzi mnie jej jeszcze mokry lakier do paznokci. Żałuję, że już nie ogrzewam jej wiecznie zimnych dłoni. Żałuję, że już nie jestem jej rękawiczką.
Tylko leżę.

4 października 2018

Gdybanie

Moja córka ubierałaby się w fioletowe i szare ubrania. Chodziłaby tylko w spodniach, a gdybym ją zachęcała, żeby założyła sukienkę na rodzinne spotkanie, to przewracałaby oczami.
Moja córka uwielbiałaby się bawić klockami. Na urodziny zawsze by prosiła o nowe zestawy. Budowałaby drapacze chmur, a gdyby udało jej się wreszcie wymyślić, jak zrobić windę, to przybiegłaby do mnie, żebym mogła zobaczyć, że naprawdę jej się udało.
Moja córka miałaby przepiękne pismo. Wciąż by narzekała, że nie może się po mnie rozczytać. Wtedy to ja bym przewracała oczami, bo już to słyszałam wielokrotnie.
Moja córka płakałaby ze stresu przed powiedzeniem wierszyka w przedszkolu na Dzień Ojca. Rzeczywiście z początku mówiłaby za cicho, ale później wróciłaby jej śmiałość. Na koniec już bez tremy ukłoniłaby się publiczności, a później cały czas by pytała tatę, czy mu się podobało.
Moja córka zamykałaby się w pokoju z koleżankami, skąd co jakiś czas dobiegałyby głośne śmiechy. Gdybym przyniosła im przekąski i spytała: „O czym tak rozmawiacie?”, to zaczerwieniłaby się mocno i krzyknęła: „O niczym!”.
Moja córka chciałaby ciągle chodzić na koncerty. Chyba zobaczyłaby każdy w naszym mieście, a gdyby już była starsza, to jeździłaby z przyjaciółmi po całej Polsce. Lubiłaby poznawać nowe gatunki i nowych artystów, przez co jej płyty z edycji kolekcjonerskiej zajmowałyby cały wielki regał.
Moja córka w dniu ślubu wyglądałaby na najszczęśliwszą, a przez to najpiękniejszą istotę w kosmosie.
Moja córka uczyłaby się francuskiego. Poprosiłabym, żeby mnie też trochę poduczyła. Podniosłaby łyżkę i mówiła: „To jest la cuillère. Prawie jak lakier, bardziej la ki-jer, z taką przerwą”.
Moja córka słuchałaby historii mojego życia, wlepiając we mnie mądre oczy. Jeśli nie zabrakłoby jej mądrości, to udałoby jej się wyciągnąć z nich właściwe lekcje. Z pewnością popełniałaby własne błędy, ale może nie powielałaby moich.
Moja córka kochałaby życie. Chciałaby doświadczać go w pełni, poznawać świat. Pełno by w niej było pasji, miłości, entuzjazmu. Przyciągałaby spojrzenia wszystkich w pokoju, zastanawialiby się skąd w niej ta iskra. Nie bałaby się prawdy, zawsze by jasno przedstawiała swoje potrzeby i żale. Szkoda by jej było czasu na gierki i kłamstwa, kiedy tyle jest jeszcze faktów do odkrycia.
Moja córka nie znosiłaby tych wczasów, na których nic się nie robi; zamiast na plażę ciągnęłaby nas do muzeów, zamiast opalać się na działce, wolałaby spróbować spływu kajakiem. Czasem byśmy robili to, czasem tamto, żeby każdy był zadowolony.
Moje dziecko...
Moja córka uczyłaby się biologii i chemii, żeby każda kobieta mogła zostać matką. Moja córka wiedziałaby, jak mnie leczyć, żeby mogła się urodzić.

1 października 2018

Serce


Krople deszczu grały koncert na perkusji klonowych liści. Szarość jesiennego popołudnia snuła się ścieżkami parku, porywając niedopałki papierosów i liście. Ozdobna latarnia mrugała do nas z każdym podmuchem wiatru.
Siedziałyśmy na ławce, ciasno przytulone i rozmawiałyśmy. Jej krótkie, ciemne włosy łaskotały moją szyję, gdy drżała z zimna. Mnie było ciepło – być może z emocji. Jej dłonie robiły się sine, a na pełnej twarzy wystąpiły rumieńce. Wstałam.
– Lecimy, bo będą się złościć. – Nie chciałam mówić, że pomyślałam o powrocie ze względu na to, że jej było zimno.
Kiwnęła głową, przewiesiła sobie przez ramię torbę i zapatrzyła się w jeden punkt na mojej ręce. Widniało tam namalowane przez nią lakierem do paznokci czerwone serce. Obok wiły się fantazyjne litery wykonane eyelinerem, układające się w słowo Ada.
– Cholera – zaklęłam i naciągnęłam ściągacz rękawa bluzy na to miejsce. – Będę miała przejebane.
Spojrzała przepraszająco, ale zanim zdążyła otworzyć usta, pocałowałam ją. Wargi miała suche, spierzchnięte od chłodu, a mimo to ciepłe. Smakowała miętą, pachniała wanilią i cynamonem.
W końcu ruszyłyśmy w drogę. Szłyśmy w deszczu ulicami sennego miasta, drzewa przystrojone w jesienną kolekcję – rude szaliki, żółte czapki i ciemnozielone płaszcze – kłaniały nam się, a kamienice wzdłuż chodnika chroniły przed silniejszymi podmuchami wiatru. Trzymałyśmy się za ręce, moje smukłe palce grzały miękką dłoń o czerwonych paznokciach, a jej kolor powoli wracał do normalności.
W ciągu kwadransa znalazłyśmy się pod bramą dużego, ceglanego budynku. Przycisnęłam dzwonek wmontowany w ogrodzenie, a gdy w głośniku usłyszałam odległe stuknięcie, pchnęłam furtkę. Ponownie zatrzymałyśmy się pod starymi, drewnianymi drzwiami, obok czerwonej tabliczki opatrzonej nawą miejscowości i hasłem „dom dziecka”. Po chwili naprzeciw nas stanęła pani Zofia – energiczna brunetka na wysokich szpilkach.
– Wiktorio, wolałabym, żebyś wracała sama. Dobrze wiesz, jak dyrekcja zapatruje się na twoją sytuację – oświadczyła oficjalnie. – Ale dobrze, że już jesteś, bo przyjechał twój ojciec – dodała zupełnie innym tonem.
Popatrzyłam na nią z niezadowoleniem, a Ada ścisnęła moją dłoń współczująco. Szybko się pożegnałyśmy i ona wróciła do domu, a ja poszłam skonfrontować się z koszmarem swojego dzieciństwa. Zupełnie zapomniałam o lakierowym sercu.