1 lutego 2019

Szansa

Stanęłam przed drzwiami wejściowymi. Rozejrzałam się wokoło – na gołych gałęziach pobliskiego drzewa spoczywał zmrożony śnieg. Było zimno. Wzięłam głęboki oddech i przyłożyłam palec do dzwonka. Zza drzwi dobiegł mnie jego przenikliwy dźwięk. Zaraz na progu stanęła dość ładna kobieta w średnim wieku. Patrzyła na mnie z zaskoczeniem.
– Dzień dobry, jest Edyta? – zapytałam, przestępując z nogi na nogę.
– Proszę, wejdź.– Przepuściła mnie do wąskiego korytarza o miedzianych ścianach. – Edytko, masz gościa – zwróciła się do dziewczyny wychodzącej z sąsiedniego pomieszczenia.
Zmieniła się, odkąd poprzednio ją widziałam. Ścięła długie włosy i spięła na czubku głowy. Minę miała znacznie poważniejszą, choć nigdy nie była lekkoduchem. Ubrała się w dresy i bluzę z kapturem. Na mój widok przystanęła i spuściła wzrok. Nastała cisza, przerywana tylko głośnym tykaniem starego zegara.
– Córeczko, weź koleżankę do pokoju, a ja zrobię herbatę. Musiałaś zmarznąć. – Matka Edyty spojrzała na mnie z uśmiechem.
Szłam po ciemnych schodach za dziewczyną. Na szczycie pchnęła drzwi po lewej i zaprosiła mnie do środka. Szare ściany, białe meble, kolorowy koc – wszystko wyglądało normalnie. Zdziwiło mnie to, choć nie wiem czemu. Może spodziewałam się zobaczyć coś nadzwyczajnego, jakiś trop.
– Hej – powiedziała cicho Edyta. Patrzyła w podłogę. – Skąd wzięłaś adres?
– Poprosiłam wychowawcę – odparłam. – Chciałam tylko zapytać, czemu nie chodzisz do szkoły, czy coś się stało…
Zareagowała dziwnie. Złapała mnie za rękę, by zaraz ją puścić, później zacisnęła dłonie w pięści i wybuchnęła płaczem. Czułam, że powinnam coś powiedzieć, jakoś ją pocieszyć, ale bałam się, że to nie byłoby właściwe. Patrzyłam więc tylko z niepokojem.
– Po prostu nie mam już siły. – Spojrzała mi w oczy, a łzy ciekły jej po policzkach.
Stałyśmy naprzeciw siebie, a napięcie było wyczuwalne prawdopodobnie nawet na drugim końcu miasta. Ten rozpaczliwy płacz wzbudzał we mnie odruchy opiekuńcze.
– Chcesz się przytulić? – zapytałam, wyciągając ręce.
Przylgnęła do mnie, opierając głowę na moim ramieniu. Czułam, jak drżała z emocji – chyba jeszcze nie widziałam jej w takim stanie. Głaskałam ją po plecach, gdy powoli się uspokajała.
– Ja po prostu już nie wiem. Co mam zrobić? – spytała rozpaczliwie, a jej słowa tłumił materiał mojej koszuli. – Żałuję, że nie dałam ci szansy, gdy o nią pytałaś. – Przytulała mnie tak mocno, że zaczęłam tracić dech. – Potrzebuję trochę czasu, by to naprawić, dobrze, Klaro?
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo oparła swoje czoło o moje, a wtedy drzwi się otworzyły i jej mama weszła z obiecaną herbatą.

30 stycznia 2019

Jak dawniej kasztany

Bolkowa walizka stukała kamieniami o rozwalony chodnik. Zawsze myślał, że zaczną go naprawiać, gdy będzie opuszczał rodzinny dom. Nie mylił się aż tak bardzo. Studia. Kraków. Akademik.

***

Teraz szedł powoli. Jakby chciał zagarnąć jeszcze parę wspomnień. Wetknąć je pomiędzy książki i ubrania. ,,Anna Karenina" opatuliła się zielonym szalem, a on chciał zatrzymać chwile.

***

Jak dzień, w którym wjechał w płot sąsiada, a ten był tak nawalony, że odkrzyknął tylko, żeby potem poukładał te klocki. Jak pewien poranek, w który obudziło go skomlenie pod drzwiami. A Amelia, otwierając nogą drzwi - wniosła tort urodzinowy. Aż w końcu... jak pierwszy raz, pod kasztanem, złapał ją za rękę. Przymknął oczy na myśl o jej delikatnej dłoni, jej atłasowej skórze.

***

Gdy je otworzył, widok jaki ujrzał... uderzył go w twarz.
- Niech pan idzie, niech pan przejdzie lepiej na drugą stronę ulicy. - powiedział jeden z robotników. - Musimy go wyciąć.

***

Bolek stanął jak wryty. Zanim skinął głową i posłusznie odsunął się od wycinanego kasztana, przez głowę przebiegł mu tabun myśli. Pięć lat. Pięć lat w niecałą minutę.

***

To jak zawsze, rozmawiając przez telefon, wymyślali historie o dwóch kasztanowcach, które kłóciły się między sobą o ilość kasztanów. Ten zawsze miał ich więcej. To jak odganiały wrony, falując dłońmi podczas wiatru. Jak były tam od... zawsze.

- Nie słyszał pan? - oburzył się robotnik.
Słyszał. Usłyszał. Odszedł. Szedł przed siebie.

***

Mankietem otarł łzy. Nie musiał się martwić, że ktokolwiek to zauważy. W miasteczku nie było widać żadnej żywej duszy. A i jego w tej chwili zszarzała.

***

Minęła chwila nim znalazł się na dworcu, a potem odnalazł odpowiedni dla siebie przedział. Wciąż nieobecny, wyciągnął z kieszeni marynarki paczkę papierosów. Nawet nie wiedział, kiedy tabliczka poinformowała go o celu podróży. Nie wiedział, kiedy opuścił wagon, a pociąg odjechał. Nogi niosły go same.

***

Wtedy ją zobaczył. Amelia biegła ku niemu z otwartymi ramionami. Czuł się jakby nie widział jej latami, choć minęły zaledwie dwa tygodnie. Chwycił ją, wypuszczając z dłoni niewielką, brązową walizkę z wystającym rąbkiem zielonego szalika.

***

- Coś się stało? - zapytała z troską dziewczyna, widząc zmartwienie na twarzy Bolka. On tylko westchnął, zaopatrzony w przestrzeń. To co ujrzał za jej ramieniem, na chwilę pozbawiło go umiejętności wydania z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Tuż obok rósł mały kasztan. Jak pierwszy uśmiech. Wciąż niewinny, z nie do końca rozumiejącymi to wszystko liśćmi. Uśmiechnął się i chwycił ją za rękę.

***

Już nic nie musiał udawać. Amelia odgarnęła z jego czoła niesforny kosmyk, on śmiał się, a niebo szeptało pierwszym oddechem miasta.

29 stycznia 2019

Biel


Wszechogarniająca biel koiła moje zmysły, uspokajała je. Dawno nie czułem się tak odprężony, a jednocześnie przytłoczony. Wszystko było wszędzie, ja byłem nigdzie. Nie rozumiałem co się dzieje, jedyne co widziałem to biel. Czemu jest tu tak biało? Spadł śnieg? Przecież dopiero co było pięć stopni na plusie. Poza tym śnieg nie oślepiałby mnie tak długo i nie sprawiałby, że czuję się ciężki i niespieszny donikąd.
Coś jest nie tak. Nie mogłem do końca zrozumieć, uchwycić co. Ale wtem zerwałem się do pozycji siedzącej, jednocześnie mając wrażenie, że wybudziłem się z głębokiego snu. Czy hibernowałem? Nie jestem niedźwiedziem. Chyba. Moje dłonie w panice powędrowały do twarzy i tak, jak najbardziej nie byłem niedźwiedziem. Ale… gdzie byłem?
Wstałem powoli. Najwyraźniej przed chwilą spałem rozłożony na trzech siedzeniach. Czy ja jestem w pociągu? Ostatnie co pamiętam… Nagle uderzyła mnie pustka we własnej głowie. Przyzwyczaiłem się do tego uczucia na sprawdzianach, kartkówkach, ale nigdy moje myśli, a raczej ich brak, nie były tak białe. Biel… Chyba zaczynam nienawidzić tego koloru.
Wyjrzałem przez okno. Biel. Oczywiście. Nawet ziemi nie widać. Ani nieba, ani gór, ani… No nic nie widać. Czy biel mogę zaliczyć do czegoś? Jedyne co wiem to to, że z rozszczepienia światła białego powstaje siedem kolorów tęczy, ale nigdy nie uważałem na fizyce, nie mam pojęcia o czym mówię. Choć teraz najwyraźniej nie mam pojęcia o niczym. Gdzie ja jestem? Co ja tu robię? Dlaczego nie mam wspomnień?
Wyszedłem na korytarz, który przynajmniej istniał i nie był zatopiony w tej cholernej bieli. Zacząłem przyglądać się otoczeniu. Pociąg był utrzymany w ciemnych i jasnych brązach, gdzieniegdzie na tapicerce przebijał się błękit. Ogółem wystrój wyglądał nieprawdopodobnie staro. Czy ja jestem stary? Postanowiłem poszukać czegoś, w czym mogę zobaczyć swoje odbicie.
Może jestem manekinem? Bo na pewno mam ludzką twarz i dłonie, i ciało, ale… No, biel. Manekiny są białe, co nie? Ta teoria zaczynała mieć bardzo dużo sensu, ale wtem zobaczyłem swoje odbicie. Byłem człowiekiem. Zwykłym, szarym człowiekiem o niewyróżniającej się bladej twarzy i ciemnych włosach. Nuda.
Wyjrzałem przez okno, znowu, ignorując własne oczy, które spoglądały z powrotem na mnie. Gdyby biel dało się czuć, opisałbym ją jako pewnego rodzaju stabilność. Nagle z jednostajności barwy wyłoniła się dłoń, a na mojej twarzy od razu wymalował się uśmiech. Automatycznie, jakby moje ciało wiedziało jak zareagować zanim impulsy dotarły do mózgu. Dziewczyna, niższa ode mnie o głowę, rzucała w jakąś odległą wersję mnie śnieżkami. To byłem ja, przecież wiem już jak wyglądam, ale on nie był tak naprawdę mną, bo ja stałem uwięziony w korytarzu rozpędzonego pociągu.
Nieznajoma, którą moje ciało rozpoznało zanim mój mózg zdołał, śmiała się przy naszej bitwie na śnieżki tak głośno i tak szczerze, że czułem się jakby moje serce zostało owinięte w miękki kocyk i popijało gorącą herbatę z cytryną. Czy to, co widziałem było wspomnieniem?
Kolejna śnieżka uderzyła tamtą odległą wersję mnie i rozpłynąłem się w biel, pozostawiając za sobą tylko echo śmiechu. Oddzielony od tego wszystkiego grubą szybą, rozszerzyłem w przerażeniu oczy, a uśmiech na mojej twarzy zrzedł. Dziewczyna upadła na kolana, szlochając. Wokół niej, jak kałuża łez, zaczął rosnąć czarny cień, odcinając się gwałtownie na bezkresnej bieli. Z mojego serca zerwano ciepły kocyk i zapełniono je smakiem kwaśnej cytryny. Uderzałem w okno raz po raz, chcąc się do niej dostać, bo jej ból był moim bólem, jej rozpacz moją rozpaczą, ale ona oddalała się coraz bardziej. A może oddalałem się ja.
Została sama, coraz bardziej pochłaniana przez czerń.
Zostałem sam, coraz bardziej rozpływając się w biel.