1 marca 2019

Mknąc nocnym autobusem

Bartosz nie znosił swoich nocnych jazd autobusem, bo uważał, że oferta z reklamy ominęła jego oczekiwania łukiem prawie tak szerokim, jak ten, który był zmuszony robić codziennie na rondzie, gdy jeździł długim autobusem. Płacili mu za to tyle, co kot napłakał, a nocki musiał odsypiać w dzień, co wykluczało mu potencjalny czas na wyjście ze znajomymi. Na szczęście nie miał znajomych, więc nie bolało go to aż tak, ale jednak nie mógł też robić innych rzeczy w ciągu dnia ‒ na przykład oglądać telewizji czy chodzić do kina.
 Z zawodu był tak naprawdę nikim, bo w liceum wybrał profil humanistyczny, a że było to słabe liceum, dostał się na beznadziejne studia o nazwie „Przyrodoznastwo i filozofia przyrody”, na których było całkiem ciekawie, ale o pracę później było ciężko. Młody, dwudziestoletni Bartosz wizjoner, który lubił spędzać wieczory obserwując zachody słońca, został bez pracy i z garstką pieniędzy od rodziny, która odwróciła się od niego, gdy poszedł na ten idiotyczny uniwersytet. Zaczął więc szukać jakiegoś stałego zatrudnienia i któregoś razu wpadł na reklamę pracy w autobusie.
 Obiecywali wysokie wynagrodzenie (uwierzył im, bo jego starsza siostra, nauczycielka, zarabiała mniej), dobrą atmosferę i kontakt z ludźmi. Bartoszowi brakowało kontaktu z ludźmi, więc najszybciej jak mógł zadzwonił do MPK, by umówić się na rozmowę o pracę. Oczywiście najpierw musiał wyrobić sobie mnóstwo uprawnień, ale gdy już tego dokonał, mógł wreszcie zacząć jeździć.
 Pracował na nocną zmianę, bo płacili za to odrobinę więcej. W tygodniu jeździł autobusami od północy do piątej rano, a w weekendy zaczynał o 22 i kończył o szóstej, oczywiście z przerwą. Czasami dorabiał sobie jako kierowca autokarów wycieczkowych, ale rzadko miał ku temu okazję. Żył więc skromnie w maleńkim mieszkaniu w Lublinie, a codzienną rzeczywistość umilały mu krzyki narodowców i kiboli z podwórka. Nie mieszkał w najlepszej dzielnicy tego miasta.
 Praca była czymś, co go nudziło, ale jednocześnie lubił ten dreszczyk emocji, który przebiegał po jego plecach, gdy zagłębiał się w paszczę nocy i mknął pustymi ulicami. To była jakaś linia podmiejska, więc na większości drogi nie było nawet porządnych latarni. Bartosz włączał długie światła i wypatrywał saren lub dzików, w nadziei, że zwierzęta jakoś zniszczą jego rutynę, wedrą się do niej jak żule z butelkami piwa wpadający do autobusu i rozlewający alkohol na podłodze. Jednak nic z tego. Sarna przed autobusem nie przemknęła mu nigdy.
 Na końcu trasy znajdowała się malutka pętla, podupadający sklep spożywczo-monopolowy i pola. O odpowiedniej porze roku Bartosz dojeżdżał na miejsce akurat w chwili wschodu słońca ‒ w przerwie siadał na ławce, palił tanie papierosy i patrzył na wznoszący się coraz wyżej pomarańczowy okrąg na tle różowego nieba. Nie umiał opisywać nieba, ale przyjemnie się na nie patrzyło, tonąc w cykaniu świerszczy i odgłosie uruchamiania silnika autobusu. 
 Któregoś dnia, gdy dojechał na miejsce, mimo braku przebiegającej sarny stało się coś wyjątkowego. Na ławce na przystanku siedziała dziewczynka z psem.
 Na oko miała może dziesięć lat. Bartosz nie znał się na dzieciach i zastanawiał się, czy zaproponować jej fajkę, czy to jednak jeszcze za wcześnie. Po chwili uznał, że i tak nie powinna uczyć się brania czegoś od obcych, więc nie zaproponuje. Dosiadł się do niej ze stęknięciem i zaczął szukać w kieszeni zapalniczki. Coś nie mógł jej dziś znaleźć, musiała wpaść naprawdę głęboko.
 Po kilku minutach przetrząsania kieszeni doszedł do wniosku, że jej nie ma. Pewnie wypadłą mu gdzieś po drodze. Spojrzał więc ze smutkiem na cienkiego papierosa i westchnął.
 ‒ Zapalniczkę? ‒ spytała siedząca obok dziewczynka, w ogóle na niego nie patrząc. Wyciągała w jego stronę rękę z dokładnie taką samą zapalniczką, której dziś ze sobą nie miał.
 ‒ Skąd ją masz? ‒ zapytał.
 ‒ Z pola ‒ ruchem głowy wskazała rozciągającą się przed nimi łąkę. ‒ Znalazłam chwilę temu.
 Bartosz wziął od niej przedmiot i obejrzał go dokładnie. Otworzył nieco szerzej swoje małe oczka ‒ spód zapalniczki ozdabiały czarne, grube jak on sam litery ‒ B.S. Bartosz Sęp. To była jego zapalniczka, którą miał przy sobie, odkąd zaczął pracę w MPK. Opisał ją, bo koledzy lubili podbierać zapalniczki, mówiąc, że należą do nich. Co prawda zdało się to na nic, bo po wpisaniu inicjałów i tak to robili, ale przynajmniej próbował się obronić.
 Teraz wreszcie te litery znalazły jakieś zastosowanie. Zachodził w głowę, jak to możliwe, że ta dziewczynka ją ma, bo jeszcze wczoraj wieczorem wychodził zapalić na balkon, i podpalał fajkę dokładnie z tej zapalniczki.
 Zrobiło mu się dziwnie. Jakby nie wiedział czegoś bardzo ważnego. Podpalił więc papierosa i zaciągnął się głęboko. No, od razu lepiej.
 ‒ Co ty tu właściwie robisz? ‒ spytał dziewczynki, żeby jakoś zacząć rozmowę.
 ‒ W tej chwili oglądam zachód słońca ‒ powiedziała spokojnie. ‒ A tak w ogóle to wyprowadzam psa.
 Bartosz zmarszczył brwi.
 ‒ To jest wschód słońca ‒ poprawił ją, bo jego rozległa wiedza przyrodnicza ze studiów pozwalała na w miarę szybką identyfikację stron świata, a także pór dnia i związanych z nimi ruchów słońca.
 ‒ Nie, w tych stronach to zachód ‒ odrzekła, kręcąc głową. Machała przez chwilę nogami, po czym zeskoczyła z ławki, i ruszyła w stronę pola. Odwróciła się tylko, by zawołać psa, średniej wielkości owczarka. 
 ‒ No chodź, Louise! 
 Po czym, zwracając się do kierowcy, rzuciła:
 ‒ To cześć. Widzimy się jutro!
 I odbiegła w podskokach przez pole.

 Następnego dnia Bartosz przyjechał na miejsce o tej samej godzinie co zawsze i na ławce znów siedziała ta dziewczynka. Blond włosy miała zaplecione w warkoczyki i znów towarzyszył jej pies. Spod zmrużonych powiek obserwowała słońce. 
 ‒ Cześć, Bartek. Czekałyśmy na ciebie ‒ powiedziała, nie patrząc na niego. 
 Zatrzymał się w pół kroku. Nie przypominał sobie, by jej się przedstawiał. Swoimi grubymi jak parówki palcami wyciągnął z paczki jednego papierosa.
 ‒ Oszczędź sobie szukania ‒ dodała spokojnie, podając mu zapalniczkę. Tę samą, którą dała mu wczoraj. Niepewnie ją od niej wziął i podpalił fajkę.
 ‒ Czemu spacerujesz tak wcześnie rano?
 ‒ Bartek, jest po południu, kiedy to wreszcie zrozumiesz ‒ powiedziała, kręcąc głową z westchnieniem, jakby to on miał tutaj dziesięć lat.
 Wiedział, że dzieci mają bujną wyobraźnię, postanowił więc tego nie komentować.
 ‒ Jak masz na imię? ‒ spytał jej zamiast tego.
 ‒ Przecież dobrze wiesz ‒ odpowiedziała. 
 Bartosz zaczynał czuć się w jej towarzystwie głupio i dziwnie, mniej więcej tak, jak czuł się, kiedy któregoś razu pomylił trasę i pojechał gdzie indziej. Czuł wtedy, że spoczywa na nim odpowiedzialność, i że zawalił. Przez spotkania z tym dzieckiem wciąż zawalał, bo ona wciąż znajdywała jego zapalniczkę, którą przecież zawsze miał w kieszeni. Jak to się działo?
 ‒ Słuchaj, mała, ty mnie jakoś wkręcasz ‒ zdenerwował się i rzekł, sapiąc. ‒ Czemu znajdujesz tę zapalniczkę? To jakaś podróba czy co?
 ‒ Czy muszę przypominać ci, co zrobiłeś? ‒ powiedziała z irytacją w głosie, po czym zeskoczyła z ławki i wołając psa, pobiegła w stronę pola. 
 Bartosz zamrugał kilkukrotnie, jak kierunkowskaz autobusu, gdy długo stał na skrzyżowaniu. Jasny gwint, co tu się działo? Przecież nic nie zrobił od czasu, kiedy zapomniał wyłączyć świateł i padł mu akumulator. Czy o to mogło chodzić dziewczynce? Ale skąd by niby o tym wiedziała? Miał dość tej jej tajemniczości, a znał ją dopiero od dwóch dni. Postanowił, że gdy wróci do domu, stworzy wielki plan.
 I tak też zrobił. Zarwał całą nockę, to znaczy cały dzień, który normalnie przeznaczyłby na spanie, i zajął się przygotowaniem planu. Wyjął z szuflady biurka notes MPK i długopis MPK, które dostał, gdy zaczął tam pracę, i na pierwszej stronie napisał wielkimi literami: RANA. Po chwili przyszło mu do głowy, że mógł napisać „poranki”, ale czuł, że rana to też dobra forma. Jego humanistyczna dusza podpowiadała mu, że „r” na początku jest bardziej agresywne (Bartosz był aż nadto uległy), a krótkość wyrazu wpływa na konkretyzację planów.
 Zapisał pod spodem następujące słowa:
 ‒ zapalniczka
 ‒ fajki
 ‒ wschud/zachud
 ‒ w co ta mała ze mną pogrywa?
 ‒ pies
 ‒ klóczyki do ałtobusu
 To było wszystko, co wydało mu się powiązane z tą historią. Po długim namyśle wykreślił klóczyki i fajki, bo chyba nie miały większego znaczenia dla sprawy. Zdawać by się mogło, że pies też nie, ale instynkt podpowiadał Bartoszowi, że on będzie jeszcze ważny.
 Westchnął. Nie wiedział, co z tym fantem zrobić ‒ w jego głowie panowała totalna pustka, wypełniona głuchą ciszą. Po raz kolejny zaczął zastanawiać się, czy to możliwe, że po studiach zaczął głupieć. Hyba nie, prawda?
 Wreszcie, po kreśleniu na kartce strzałek i odnośników i  rozmyślaniach długich jak codzienna trasa, w głowie rozbłysł mu pomysł, jasny jak długie światła, których niezwykle często używał. Jeśli dla dziewczynki wschód jest zachodem, to w takim razie może coś zmieni się, jeśli zobaczy  j e j  wschód? Nie wiedział, do czego może to doprowadzić. Takie odkrywcze kroki nie były w jego stylu. Dotarło do niego jednak, że raz się żyje, i nie namyślając się długo, wsiadł do samochodu, którego prawie nie używał (był to malutki Fiat 500), i ruszył w swą codzienną trasę ‒ zamiast o piątej rano, o piątej po południu. Czuł jeszcze większy dreszczyk ekscytacji niż zwykle. Przed wyjściem z domu sprawdził, czy ma w kieszeni zapalniczkę ‒ tkwiła tam, zupełnie nienaruszona.
 Mknął przez puste drogi z prędkością, przy jakiej jego stary samochód powoli tracił oddech, a gdy wreszcie dojechał na miejsce, zobaczył coś, co sprawiło, że on sam stracił oddech.
 Pole, dotąd zawsze zaorane, bez żadnych wyrośniętych kwiatów, tym razem było pełne jakiejś zieleniny (średnio mu poszły te studia, bo nie wiedział, jakiej). Nie miał pojęcia, jak to możliwe ‒ nie pomylił przecież trasy, znał ją na pamięć. Z tego jednak, co wiedział o roślinach, nie rosły tak szybko. Kwiaty w jego domu potrzebowały znacznie więcej czasu.
 Bartosz niepewnie zbliżył się do pola. Stanął na jego skraju i rozejrzał się wkoło. Jak okiem sięgnąć, nie było nigdzie dziewczynki.
 Wyciągnął z kieszeni papierosa i zapalniczkę i zapalił go. Rozglądał się i rozglądał, ale poza tym polem nie ujrzał nic niezwykłego.
 Nagle usłyszał szczeknięcie i podskoczył przerażony. Obok niego siedział znajomy już owczarek. Bartosz schylił się, żeby go pogłaskać, i dostrzegł, że na obroży ma zawieszkę z napisem „Los”. Dziwne, wydawało mu się, że dziewczynka woła Louise…
 Zmarszczył brwi, wstał, i ruszył w stronę samochodu. Odjeżdżał stamtąd zatopiony we własnych myślach. Był w nich zatopiony tak głęboko, że nie zauważył ognia, który zaczął tlić się na skraju pola, napoczętego przez popiół z papierosa. Nie zauważył też, że nie ma ze sobą swojej zapalniczki, którą upuścił, gdy wystraszyło go szczeknięcie psa.

 Bartosz nigdy nie był spostrzegawczy, ale tym razem jego gapowatość zostawi po sobie ślad. Bo z rana, z rana we wsi był pożar, przeczytać będzie można później w lokalnych gazetach. A zapalniczkę znajdzie dziewczynka, i nic nikomu nie powie, i tylko Bartosz będzie mógł połączyć fakty, jak łączy się w pracy nocnego kierowcy dzień z nocą.

20 lutego 2019

Pręgi

Na plecach masz Pręgi.
Twoja koszulka leży obok, a ja patrzę na nie lekko bezradnie.
Jest ich… dużo – nie chcę liczyć.
Trzy są krwawymi, przechodzącymi przez całą długość pleców liniami strupów.
Nie wiem czy powinnam wmasowywać w nie jakąś łagodzącą maść, założyć opatrunek, dać ci lek przeciwbólowy, napar z melisy czy po prostu cię przytulić i kłamać, że będzie dobrze.
Dotykam cię, lekko przejeżdżam palcem przez twoje pręgi, a ty stękasz ledwo słyszalnie, krzywiąc się z bólu. Nauczono cię byś był silny. Chłopaki nie płaczą. Wyjesz z bólu tylko samotnie. Tak jak ja, ale ty o moich ranach nic nie wiesz. Nie mam bruzd na plech, nie mam sińców. Tylko mój umysł, czy też dusza – nazywaj to jak chcesz – czuje się zgniata nienawiścią jak wątłą kartkę papieru.
Ktoś mi kiedyś powiedział, albo gdzieś przeczytałam (nie pamiętam gdzie lub kto, byłam wtedy mała): „Do bólu fizycznego można się przyzwyczaić, ale do psychicznego nigdy”. Na pewno jest w tym odrobina racji, ale, także na pewno, nie cała racja. Czemu? Z powodu prostego wynikania. Za bólem fizycznym idzie ból psychiczny. Różnica jest taka, że jeśli ból jest tylko w głowie, próbujesz udawać, że go nie ma. Przynajmniej ja próbuje. Chowam to do najgłębszej kieszeni mojej pamięci…
Decyduje się na opatrunek i maść.
Cały czas się krzywisz.
Pogłaskałabym cię, naprawdę, ale kim jestem, tylko osobą, którą prosiłeś o pomoc. Jednak mimowolnie czulej przejeżdżam dłonią po twoim barku, spokojnie – pragnę powiedzieć, nie umiem. Robię to co do mnie należy.
Milczę…
Wracając do bólu. Ja się przed nim chowam. Jednak mam wrażenie, że jak czujesz go fizycznie przynajmniej czujesz, że twoja psychika ma co mieć za złe. Przynajmniej masz konkret. Jednak chyba zawsze jest on tak samo nielogiczny. Oba bóle są przecież nakładane na ciebie za nic. Oba są emocjami Władcy Nad Tobą. Jego nieumiejętnością. Jego beznadziejnością.  Ty zazwyczaj robisz błahostki.
Nie powinieneś za nie umierać codziennie od nowa.
Nie powinniśmy umierać za nie codziennie od nowa.
Kończę oczyszczać te trzy blizny.
Milczysz.
Siadam naprzeciw ciebie cicho.
To znak, że skończyłam.
Zakładasz koszulkę.
Problem jest niewidzialny.
Na plecach masz Pręgi, tylko teraz są pokryte dodatkową warstwą materiału.

14 lutego 2019

Jest luty


Wpatrywałem się w własne odbicie, nie wiedząc do końca co o nim sądzić. Co sądzić o sobie. Średniej długości włosy w nieładnym nieładzie, rozbiegane oczy, ciemne i błyszczące jak dwa żuki i usta wykrzywione w potwornym grymasie. Werdykt? Może być. Poprawiłem kołnierz koszuli, nawet nie zwracając uwagi na to, że była nierówno zapięta i odszedłem od lustra szybkim, sztywnym krokiem.
Zamknąłem za sobą drzwi na klucz z kurtką zarzuconą przez ramię. Włożyłem ją, zbiegając po schodach i gdy siłowałem się z suwakiem, prawie wpadłem na starszą panią, która mieszkała na parterze pod numerem 31. Dzieliła dom i serce z jamnikiem w podeszłym wieku. Szczerze mówiąc, obawiałem się dnia, w którym któreś z nich umrze.
–– Przepraszam najmocniej –– powiedziałem, kłaniając się nisko.
–– Nic się nie stało, młodzieńcze. A dokąd ty pędzisz tak elegancko ubrany? –– spytała z szerokim uśmiechem, ujawniając tym samym brak kilku zębów. –– Na rozpoczęcie roku?
–– Jest luty –– odpowiedziałem, marszcząc lekko brwi.
–– Która to klasa? Siódma?
–– Trzecia liceum.
–– Dziewczynę masz?
–– Nie mam. –– Na ułamek sekundy wbiłem wzrok w czubki butów.
–– A no tak, pewnie rodzice ci nie pozwalają jeszcze randkować, w końcu masz dopiero trzynaście lat –– powiedziała staruszka, kiwając ze zrozumieniem głową.
–– Mam osiemnaście lat –– poprawiłem ją spokojnie, siląc się na uprzejmy uśmiech.
–– Trzynaście lat, magiczny wiek… –– westchnęła kobieta. Brzmiała jakby miała lada chwila zacząć snuć długą opowieść o swojej młodości.
–– Przepraszam, ale potwornie się spieszę –– wtrąciłem nim zdążyła nabrać powietrza.
–– Na rozpoczęcie roku się tak spieszysz? –– spytała z szerokim uśmiechem.
–– Jest luty –– rzuciłem przez ramię, odchodząc szybkim, sztywnym krokiem.
Zastanawiałem się chwilę co robi na dworze bez swojego jamnika i miałem nadzieję, że jeszcze mu się nie umarło. Wymijając ludzi i oblodzone części chodnika, uporałem się w końcu z suwakiem kurtki i schowałem dłonie do kieszeni wiecznie wypełnionych po brzegi najróżniejszymi rzeczami.
Od samego rana próbowałem zdekoncentrować się od faktu, który męczył mnie odkąd upłynął pierwszy tydzień ferii. Temat ten trapił mnie tak okropnie, że zdecydowałem, że po prostu przesiedzę ten dzień w domu przykryty kilkoma kocami i z zieloną herbatą w dłoni. Ale nie wytrzymałem. Nie mogłem dalej sam siebie ranić, musiałem coś z tym zrobić.
Czternasty luty. Dzień, którego się obawiałem i na który mimowolnie czekałem od czternastu dni, jeśli nie dłużej. Po tylu zmaganiach, wewnętrznych walkach i kompromisach byłem z siebie dumny, że zamiast unikać problemu, stawiam mu czoła.
Zwolniłem kroku, obrzucając spojrzeniem stoisko z różami za 3,50. W końcu wkroczyłem do kiosku obok, witając znanego mi z widzenia mężczyznę – od niego po raz pierwszy kupiłem legalnie alkohol parę miesięcy wcześniej – i wyjąłem z kieszeni pięćdziesięciozłotowy banknot, pięć złotych i kartę miejską.
–– Chciałbym doładować.
–– Na miesiąc? Tak jak zawsze? –– Skinąłem głową. Kasjer postukał w klawiaturę, przyłożył gdzieś kartę i zwrócił mi ją wraz z paragonem. –– Przyłożyć do czytnika i będzie z powrotem ważna.
–– Super, dziękuję.
Wykroczyłem na zewnątrz i wziąłem głęboki wdech. Zakrztusiłem się trochę smogiem, ale po chwili stanąłem znów prosto.
Moja karta miejska była, ponownie, ważna. Warszawa, ponownie, stała przede mną otworem.