1 kwietnia 2019

Interpretacja

Główny bohater/bohaterka zaczyna flirtować z nowo poznaną osobą w galerii sztuki

Joannie

– Asieńko, szalik – usłyszałam zaraz po otwarciu drzwi.
Na wieszaku w przedpokoju wisiała ich cała kolekcja. Klasyczna arafatka, wełniany komin z fantazyjnym ściegiem i lekka, różowa chustka – wybrałam ten w niebieską kratkę. Z materiałem w dłoni przekroczyłam próg i krzyknąwszy, że wychodzę, trzasnęłam drzwiami.
Klatka schodowa śmierdziała detergentem. Szybko zbiegłam po schodach i wypadłam na chodnik przed blokiem.
Pogoda była fantastyczna. Pachniało słońcem i wiosną, na twarzy czułam powiew wiatru. Uśmiechnęłam się szeroko do przechodzącej obok sąsiadki i ruszyłam w dół ulicy. Na samym jej końcu stała modernistyczna galeria sztuki Interpretacje. Paradoksalnie budynek był klasycystyczny, ogród francuski.
Elektrozamek przy wejściu dla pracowników powitał mnie radosnym kliknięciem. Pchnęłam drzwi i weszłam do pomieszczenia socjalnego. Na parapecie z nogami pod brodą siedziała Anika i rozmawiała przez telefon. Zarejestrowałam, jak chichotała i kokieteryjnie odgarniała długie, rude włosy. Kiwnęłam głową w jej stronę i wyszłam na salę, w której znajdowała się wystawa sztuk autorstwa uczniów miejscowego liceum artystycznego.
Jak co dzień stanęłam w rogu pomieszczenia i rozglądałam się, pilnując ekspozycji. Moją uwagę zwróciła młoda kobieta – wyglądała na zagubioną. Zrobiłam trzy kroki w jej stronę i stanęłam obok, twarzą do szarawego, zamglonego obrazu.
– Dzień dobry, mogę pani w czymś pomóc? – spytałam, przywołując na twarz przyjazny uśmiech.
– I’m sorry. Do you speak English? Ou parlez-vous français? – W uroczy sposób przekrzywiła głowę, spoglądając na mnie.
– Can I help you? – powtórzyłam pytanie.
– No, thank you, I just wanted to look at this painting. It’s amazing, isn’t it?
Dziewczyna wzbudziła we mnie od razu pozytywne emocje. Ubrana była w bluzę z kapturem i jeansy, a poruszała się jak modelka albo tancerka. Delikatnie się uśmiechała i z gracją odwróciła w moją stronę.
– I’m Megan. – Wyciągnęła smukłą dłoń ozdobioną pierścionkiem z różowego złota. – Your name is Joanna? – Wskazała mój identyfikator.
Uśmiechnęłam się, bo wymówiła moje imię z silnym amerykańskim akcentem, choć po polsku. Potwierdziłam skinieniem głowy.
– I have to go back to my job if you don’t need me. Have a nice experience in our art gallery – powiedziałam i chciałam się odwrócić, by odejść, ale poczułam zimne palce muskające wierzch mojej dłoni.
– I’ll see you again? – zapytała z nadzieją wymalowaną na twarzy i spuściła oczy. Dostrzegłam, że zarumieniły jej się policzki.
Wzruszyłam ramionami, ale wyciągnęłam z kieszeni marynarki wizytówkę i włożyłam w jej dłoń. Zacisnęła palce na kartoniku. Korzystając z okazji, przeszłam z powrotem na swoje stałe miejsce koordynatora wystawy.
***
Wracałam do domu już po ciemku. Szłam szybko i z niepokojem rozglądałam się na boki. Wzdrygałam się na widok każdego cienia, nawet jeśli rzucał go kosz na śmieci. Gdy zadzwoniła moja komórka, też najpierw się przestraszyłam, a dopiero po kilkunastu sekundach dotarło do mnie, że to dźwięk mojego własnego telefonu. Odebrałam.
– Hi, it’s Megan – usłyszałam w słuchawce.

25 marca 2019

Nadzieja

Delta wyszła ujemna. Melania westchnęła, oparła głowę na dłoni i wyjrzała przez okno. Do końca lekcji zostało trzynaście minut.
Po dzwonku zapisała na marginesie zeszytu numer strony ze zbioru zadań, zebrała swoje rzeczy i opuściła klasę. Zbiegła po schodach do szatni, porwała z wieszaka granatową kurtkę i, odwracając się, wpadła na kogoś. Chłopak przytrzymał ją, odgarnął włosy z twarzy i uśmiechnął się szeroko.
– Do jutra – powiedział. Dziewczyna przytuliła go, stając na palcach i zaraz zaczęła protestować.
– Dusisz mnie. – Puścił ją i pomachał ręką, gdy wychodziła, głośno żegnając się z całą klasą.
Na zewnątrz, przy drzwiach wejściowych, oparta o ścianę stała ona. Melania zrobił głęboki wdech, przez głowę przemknęła jej myśl o nieziemskiej urodzie obserwowanej dziewczyny.
– Cześć, Anno – odezwała się ciepło, podchodząc.
Ruszyły w stronę wyjścia z terenu szkoły, żywo rozmawiając. Szalik Melanii powiewał, tworząc intensywnie niebieską smugę na tle szarego chodnika i chłodnoniebieskiego nieba. Słońce tańczyło wraz z wiatrem we włosach.
– Odbija mi się w okularach. – Anna zmrużyła oczy, niezadowolona. – Chodźmy do Fuksji, tam w spokoju pogadamy.
Melanii zaczęły drżeć dłonie, w żołądku czuła ucisk – była podekscytowana. Pomyślała, że skoro Anna chce rozmawiać z nią “na spokojnie”, to ma coś ważnego do powiedzenia. Jednocześnie denerwowała się i pokładała w tym ogromne nadzieje.
Weszły do niewielkiej kawiarni i wybrały stolik w kącie. Dwie dłuższe, przeciwne ściany były jasnoszare, pozostałe, krótkie, w kolorze fuksji. Na suficie namalowano wielkie różowo-fioletowe kwiaty, takie same jak te stojące w pięknych doniczkach na wszystkich parapetach. Obok ulubionego stolika gości przychodzących porozmawiać stała fuksja będąca chlubą zakładu – ogromna, rosła spokojnie w towarzystwie upchniętych na regale książek.
Anna najpierw poszła zamówić dwie herbaty miętowe, a potem usiadła przy stoliku i oparła dłonie na stole.
– Melu… – Spojrzała jej w oczy. – Muszę ci o tym powiedzieć, to dla mnie bardzo ważne.
Melania popatrzyła na towarzyszkę z ciekawością i pewnym przestrachem.
– Słucham cię – odparła, z emocji zaczęło jej się robić słabo.
– Jestem w ciąży. – Oczy Anny rozjaśniły się w uśmiechu.
– Och, to… – westchnęła. – Widzę, że bardzo się cieszysz.
Dziewczyna radośnie opowiadała o wymarzonym pokoiku dla dziecka, o ubrankach i zabawkach. Zdawała się nie zauważać ambiwalentnych odczuć Melanii, która tylko udawała, że słucha. Naprawdę myślała o zupełnie zaprzepaszczonej nadziei na miłość Anny.
– Melko? – Z rozmyślań wyrwał ją ten sam głos, który codziennie słyszała w głowie od prawie dwóch lat. – Zostaniesz chrzestną?

22 marca 2019

Tęczowy wiatraczek


Spacerowałyśmy nocą po opustoszałej Warszawie. Nie napotkałyśmy ani jednej żywej duszy, choć czasem słyszałyśmy odległe echo głosów. Patrzyłam w zachmurzone niebo, myśląc o każdej najmniejszej rzeczy dziejącej się wokół mnie w tej właśnie chwili.
Wiatr wydawał się cieplejszy niż wcześniej w ciągu dnia, niósł ze sobą zapach burzy, a wilgoć osiadała mi na rozwianych włosach i rozpiętej kurtce. Nasze dłonie dzieliły zaledwie milimetry i choć nie stykały się w żaden fizyczny sposób, czułam ich dotyk. Zza naszych pleców dobiegła fala śmiechu, muskając delikatnie okna śpiących warszawiaków i mijając nas, by spotkać się z ciszą i zastygnąć na zawsze. Między nami panował spokój zmącony tylko tupotem stóp. Obie szukałyśmy słów odrobinę za bardzo, umykały nam przez roztrzęsione nerwami palce.