Dźwięk drży w twoich uszach. Porusza
cząsteczki powietrza dookoła, porusza też coś w twoich płucach, bo nagle nie
możesz oddychać. Ludzie na stacji metra idą przed siebie, nieporuszeni.
Tylko ty słyszysz muzykę, tylko ty
słyszysz, jak niestabilna jest. Śmiejesz się pod nosem. Gdy udaje ci się
naprawić jedną strunę, nie działają inne. Naciągnięte za luźno relacje z innymi
wymykają się spod twojej kontroli. Naciągnięte za mocno emocje są zbyt sztywne,
aby mogły dotrzeć do innych w nienaruszonym, zrozumiałym przez ludzi stanie.
Jedno rozstraja drugie. Drugie zagłusza pierwsze.
Gdy próbujesz po raz kolejny
zastanowić się nad tym, jak należy to naprawić, do twoich uszu dobiega kolejny
dźwięk. Idealny. Czysty. Wypełnia całą ciebie, porusza twoimi nogami tak, że
same rwą się do wystukiwania rytmu.
Ten dźwięk jest prawdziwy. Masz
pewność. Widzisz ją, widzisz dziewczynę o falujących, ciemnych włosach, która
drżąc od przepełniającej ją melodii, z przymkniętymi oczami sprawnie posługuje
się smyczkiem i skrzypcami. Futerał leżący na ziemi pełny jest drobnych monet,
a gdy mrużysz oczy, dostrzegasz kilka banknotów.
Słyszysz, że w twojej głowie zerwała
się struna, ta, która przez parę ostatnich tygodni trzymała cię w ryzach. Masz
cel. Wiesz, co musisz zrobić, aby umieścić strunę na swoim miejscu.
*
Kolejne kilka tygodni mija
szybko. Świat rozmazuje się, a ty nie jesteś pewna, jaka melodia tobą kieruje.
Wiesz tylko, że jest chaotyczna i umożliwia ci myślenie, napełnia cię energią
do działania. Formułujesz plan, zapisujesz go nawet na kartce, i to po kilka
razy. Boli Cię od tego nadgarstek, ale działasz mimo to. Słyszysz tylko muzykę,
tylko ona określa twój świat i to, co dookoła. Nie słyszysz niczego innego. Nie
słyszysz swoich myśli.
*
Wiesz, że się tego nie spodziewa.
Widzisz to na jej twarzy. Otwiera zielone oczy szeroko, unosi brwi, wykrzywia
usta, gdy przyciskasz do nich szmatkę nasączoną odurzającym płynem. Gdy traci
przytomność, przymyka oczy tak, jak gdy skupia się na swojej muzyce.
Jedziecie kilka godzin i choć
dziewczyna jest nieprzytomna, cieszysz się z towarzystwa. Gwiżdżesz cicho i
zastanawiasz się, o co zapytałabyś nieznajomą, gdybyś poznała ją w bardziej
klasycznych okolicznościach.
Ciekawe, od jak dawna gra. Za co
kocha muzykę. Jakiego kompozytora ceni sobie najbardziej.
Parkujesz przed budynkiem,
wyglądającym na opuszczony. Chwytasz dziewczynę pod rękę, w drugiej dłoni
trzymając jej futerał ze skrzypcami. W piwnicy sadzasz ją na krześle,
rozwiązujesz ręce, odklejasz taśmę z ust. Jej różowa szminka jest rozmazana.
Szkoda, podobał ci się ten kolor.
Siadasz na drugim krześle i
otwierasz futerał. Gładzisz dłonią instrument. Jest gładki, czysty, bez skazy,
tak jak dźwięk który wydaje. Obracasz skrzypce kilka razy, uruchamiasz
wyobraźnię.
Wyobrażasz sobie siebie na miejscu
dziewczyny. To ty umiesz się nimi posługiwać, to ty czarujesz smyczek tak, aby
robił to, co chcesz. Niczym rzeźbiarz strugasz melodie, wybierasz te tony,
których potrzebujesz spośród tysiąca innych. Twoje dłonie sprawnie tworzą
dźwięki, które otaczają cię z każdej strony, zatapiają złe myśli tak, że
zostają tylko te dobre, czyste, piękne, harmonijne.
Uporządkowany chaos wydobywa spokój,
zatapia twoje płuca, które mogą odetchnąć, przyspiesza spokojne serce.
Otwierasz jednak oczy i
rzeczywistość jest inna. Trzymasz w dłoni instrument, a przed tobą siedzi
dziewczyna, którą chciałabyś być. A ponieważ nią nie jesteś, możesz sprawić, że
ona sama już nigdy nią nie będzie. Dlatego wstajesz i z całej siły uderzasz
skrzypcami w jej głowę.
Po raz pierwszy. Po raz drugi. Po
raz trzeci. Miarowo, mocno, powoli, rytmicznie. W równych odstępach
czasu.
Z jej gardła wyrywa się krzyk, gdy
ból przywraca jej przytomność. Brzmi jak melodia, brzmi niemal tak pięknie jak
instrument, którym się posługuje.
Z dziewczyny uchodzi życie, a
ty słyszysz jak powoli struny w twojej głowie się naprostowują. Ich dźwięki
coraz bardziej harmonizują ze sobą, a w każdym razie dźwięki części z
nich.
*
Po wszystkim stoisz przed swoją
szafą. Wypełniona jest instrumentami, a każdy z nich jest zepsuty i mniej lub
bardziej ubrudzony czerwoną, zastygniętą cieczą. Gitara, ukulele, dwie
wiolonczele. Kontrabas i kolejna gitara, tym razem elektryczna. A to tylko
pierwsza półka. Bierzesz skrzypce do ręki. Szarpiesz wszystkie struny, a one
wydają niepasujące do siebie dźwięki.
Instrument jest rozstrojony, ale to
nic, bo całe twoje życie też.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz